poniedziałek, 30 stycznia 2012

Długa droga na Wyspę Kwiatów (Flores)

Tego samego dnia o 3 nad ranem mieliśmy rozpocząć swoją podróż na dworcu w Denpasar. Autokar podjechał natomiast o 7:00, totalnie zapchany. W środku nie było już przestrzeni nawet dla jednej anorektycznej osoby a co dopiero dla kilkunastu zdrowo odżywionych. Żeby zrobić dla nas miejsce organizator tej marnej wycieczki kazał przesiąść się kilku Indonezyjczykom i poupychał ich po kilku na jednym siedzeniu. Co nie zachwyciło nie tylko ich, ale nam równie ten pomysł mocno się nie spodobał. Kiedy wciśnięci na rozsypujących się fotelach usiedliśmy, nasze bagaże zaczęto wrzucać na dach, co biorąc pod uwagę, że mieliśmy jechać około dwóch dni w porze deszczowej mało nam się spodobało. Ostatecznie nasze wielkie plecaki wtargaliśmy do środka, ustawiając je w przejściu pomiędzy fotelami. Powodowało to oczywiście, że za każdym razem chcąc wyjść na zewnątrz trzeba było je przerzucać na siedzenia. Sam autokar klasy „super exekutif” był brudnym, śmierdzącym i zdezelowanym autobusem, w którym podróżowania nie życzę nikomu.  Klima ledwo zipała, a zapachy ok. 40 osób podróżujących z nami były dość intensywne. Nie wspominając już o tym, że mieszkańcy tego pięknego kraju są strasznymi brudasami i robią wokół siebie niewyobrażalny bałagan. Ostatecznie i tak mieliśmy więcej szczęścia niż klika osób, które nie zmieściły się już do środka i musiały zostać w Denpasar. W tym chłopiec, z którym jakiś czas gawędziliśmy na dworcu. Pierwszy raz od półtora roku wracał do domu na Flores, żeby spędzić tam Boże Narodzenie.
nasz autokar super eksekutif (fot. by Krysia)
Cała podróż urozmaicona była ciągłym poszukiwaniem pozycji, w której da się wytrzymać na dłużej i chociaż na moment usnąć. Dodatkowo walczyłam jeszcze z utrzymaniem w ryzach rozczłonkowanego fotela, którego oparcie nie chciało współgrać z siedzeniem. Co było ciężkie do zrealizowania jadąc przez Sumbawę, gdzie większość dróg jest dopiero w planach, a na tych zastanych autobusem trzęsie tak, że mój fotel co chwila się rozjeżdżał. Żeby było jeszcze atrakcyjniej w Bimie kazano nam się przesiąść do wesołego, kolorowego i zdezelowanego bemo. Dla części osób nie wystarczyło już miejsca na siedzeniach, ale hej jesteśmy w Indonezji! Czy to jakiś problem? Po chwili dostawiono dla nich … plastikowe taboreciki! Kiedy myśleliśmy, że już gorzej być nie może i teraz czeka nas już tylko wspaniała podróż promem, na którym będzie można wreszcie wyciągnąć nogi czekała nas kolejna niespodzianka.

Po  dotarciu do Sape okazało się, że promów nie ma. Przedstawiciel przewoźnika, który „powitał” nas po wydostaniu się z busika oświadczył, że ze względu na protesty promy od kilku dni nie pływają i nie wiadomo kiedy znowu wyruszą, ale może nam załatwić łódź, którą dostaniemy się na Flores. Oczywiście początkowo mu nie uwierzyliśmy, odebraliśmy część pieniędzy i ruszyliśmy na wywiad wśród pracowników portu. Jednak po kilku minutach okazało się, że to prawda. Promów nie ma. Na szczęście nie byliśmy jedynymi bule uwięzionymi w Sape. Okazało się, że od kilku dni jest tu ich spora grupa próbująca wykombinować jakieś wyjście z niesympatycznej sytuacji. A od mijanego policjanta stojącego przy wyjściu z portu usłyszeliśmy również, że nie powinniśmy więcej wchodzić na ten teren, bo nie jest to dla nas bezpieczne. Co zobrazowała przejeżdżająca obok ciężarówka pełna wymachujących meczetami i flagami ludzi. Po rozmowie z białymi okazało się, że jeden z mieszkańców Sape ma łódź rybacką, którą za 200 000 Rp możemy popłynąć do Labuan Bajo. Pozostało nam wybrać czy chcemy płynąć starą łodzią, bez kamizelek ratunkowych (nie wspominając już o szalupach), czy zostać w miasteczku, gdzie atmosferę można było ciąć nożem (lub bardziej adekwatną do sytuacji maczetą). Żeby podjąć decyzję podróżujący z nami kolega wybrał się do portu żeby zobaczyć jak rzeczona łódź wygląda. Nie zajechał jednak daleko, kiedy spotkał również uwięzionego w Sape Egipcjanina. Od niego Adam dowiedział się, że według niego łódź wygląda w porządku (pracował wiele lat na łodziach) i zdecydował się płynąć. A więc my również. Ta krótka wymiana opinii spowodowała, że nigdy nie pakowałam się tak szybko. Do odpłynięcia łodzi pozostało nam 15 minut kiedy przypomnieliśmy sobie, że należy zapłacić za hostel, a że spędziliśmy w nim 2h i skorzystaliśmy jedynie z prysznica postanowiliśmy zapłacić wyłącznie część pieniędzy. Co niemal spowodowało wojnę między nami, a pracownikiem hotelu, który próbował nawet zamknąć drzwi. Udało nam się wydostać z hotelu, jednak głośna wymiana zdań trwała jeszcze przed budynkiem dobre kilka minut. A czas mijał. W końcu postanowiliśmy po prostu odjechać. Jak wariaci, modląc się, żeby tylko zdążyć na statek, pędziliśmy do portu. A nasza wycieczka musiała wyglądać przekomicznie. Część osób z ogromnymi plecakami i przejętymi twarzami jechała na motorach, a z nimi z zaciśniętymi zębami siedziała w bryczce reszta grupy i bezsilnie próbowała przyspieszyć przejażdżkę. Koń jednak nie znał całej napiętej sytuacji i zdawał się nie przejmować. Przed łodzią czekamy na resztę i niemal równocześnie pojawia się pracownik hotelu oskarżając nas, że nie zapłaciliśmy mu nic za skorzystanie z pokoi. Zaczynami się więc ponownie kłócić. Dość głośno. Indonezyjczyk oskarża także o oszustwo Egipcjanina, co dementuje kierowca jednego z naszych ojeków. Wywołuje to salwę śmiechu i automatycznie pan z hotelu traci wiarygodność. Jednak kiedy przyjeżdża reszta naszej grupy okazuje się, że nasze pieniądze nie zostały wręczone… . Zastanawiamy się co robić. Wcześniej bardzo głośno i nerwowo twierdziliśmy się że pieniądze zostały wręczone. Teraz okazuje się że nie. Ostatecznie kiedy krzyki trochę ucichły ładujemy się na łódź A Adam dyskretnie podaje pieniądze mężczyźnie, za co on grzecznie dziękuję i nas przeprasza … o co tu chodzi?!

Żegnamy Sape

Sape


łódź do Labuan Bajo
A łódź? Nie ma oczywiście kamizelek ratunkowych, cały pokład pokrywa słoma i setki kilogramów przeróżnych towarów. Oprócz naszej gromady bule na łodzi płynęła też całkiem spora grupa Indonezyjczyków, jak widać nie tylko nam zależało na spędzeniu Świąt na Flores. Rozłożyliśmy się więc na słomie, pod przepiękną, acz z lekka dziurawą plandeką. I chociaż mi przypadło zaszczytne miejsce obok znerwicowanej kury to sama podróż okazała się być bardzo miła. Co mnie więcej w połowie drogi uległo niestety zmianie. Chmury, silny wiatr, a w końcu spory deszcz spowodowały, że spanikowana siedziałam pod płaszczykiem przeciwdeszczowym i bałam się nawet spod niego wyjrzeć. Na szczęście nie był to sztorm 10 w skali Beauforta więc po kilku godzinach pogoda się uspokoiła i dalej dziarsko płynęliśmy w totalnej ciemności. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy jak ciemno musi być nocą na pełnym morzu. Niesamowite wrażenie. Po ok. 8 godzinach podróży na horyzoncie zaczęły migać światełka z Labuan Bajo, powoli się zbliżaliśmy. A z naszej słomianej łodzi zeszliśmy w porcie prawie jak nielegalni imigranci. Po ciemku (pierwszy raz przydała się czołówka) i nie schodząc bezpośrednio na molo, tylko "abordażując" inną stojącą w porcie łódź. Ale najważniejsze, że wymęczeni po tych kilku męczących dniach byliśmy na suchym lądzie.

Na miejscu mieliśmy na szczęście swojego białego człowieka, który zorganizował nam hotel, bo po takiej podróży i tak późno wieczorem byłoby to kolejne ciężkie zadanie. Naszym sprzymierzeńcem była Agnieszka, kolejna studentka z Darmasiswy mieszkająca w Singarajy na Bali. W Labuan Bajo znalazła się, bo podobnie jak my korzystając z przerwy świątecznej postanowiła eksplorować wyspy Nusa Tenggara. Jednak miała jeszcze mniej szczęścia. Na Flores miała dwa wypadki na skuterze, w tym drugi tak poważny, że uniemożliwił jej dalsze podróżowanie, czekała więc w Labuan na prom na Bali.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Tour de Nusa Tenggara wystartował!

Po trzech miesiącach planowania nareszcie początek Odysei. Pierwszy etap naszego tour de Nusa Tenggara rozpoczął się z jedynie jednogodzinnym opóźnieniem (podczas kolejnych etapów obserwowałyśmy już tylko tendencję wzrostową). Dla wszystkich zainteresowanych podróżowaniem klasą ekonomiczną (jeśli w liniach lotniczych nie ma żadnych ciekawych promocji) jako najtańszy i jednocześnie najwygodniejszy sposób dostania się do Denpasar z Yogyakarty polecam autokar Safari Dharma Raya. Duży, wygodny, z rozkładanymi fotelami wyposażonymi nawet w podnóżki, do tego kocyk, podusia, przekąska i ciepły posiłek. Czego chcieć więcej? A to wszystko za ok. 200-225k Rp. Warto jednak kupić bilety wcześniej, bo dla naszej czwórki (czyli dla mnie, Doroty, Krysi i Eli) pozostały już tylko cztery ostanie miejsca na szarym końcu autokaru. Obok toalety (z której nieco podśmierdywało), a dodatkowo dwa ostanie fotele zazwyczaj się nie rozkładają ponieważ wciśnięta jest za nie leżanka kierowcy-zmiennika więc siedzenie przez 20h w pozycji przybiurkowej, z chrapiącym za głową Indonezyjczykiem nie jest już tak komfortowe. 

Chociaż pogoda od dotarcia na Bali nie dopisywała (zaczęło padać dokładnie w dniu naszego przyjazdu) miałyśmy więcej szczęścia w kwestii atrakcji. Już pierwszego wieczora okazało się, że w położonej na obrzeżach Denpasar wiosce odbywa się ciekawa ceremonia. Oczywiście bez skuterów dostanie się gdziekolwiek jest problematyczne więc należało udać się w podgrupach na poszukiwanie transportu. Wywiad wśród sąsiadów szybko przyniósł efekty i za cenę nieco niższą niż z wypożyczalni miałyśmy na cały wieczór samochód z kierowcą. Polecam więc ten sposób. Tym bardziej, że ceremonia miała trwać całą noc. Istniało ryzyko, że znowu może się mocno rozpadać, a my byłyśmy ledwo żywe po podróży – wynajęcie skutera odpadało. 

Ceremonia związana była z trwającymi trzy dni obchodami Odalanu, który jest jednym z najważniejszych obchodów dla członków danej świątyni. W celu otrzymania ich protekcji, bogów wprowadza się wtedy do świątyni. Oczarowane przepychem, barwami, dźwiękami i zapachami krążyłyśmy wśród świętujących, przepięknie ubranych ludzi. Poznałyśmy nawet wodza-organizatora, ba, mamy z nim nawet pamiątkowe zdjęcie. Nic chyba nie sprawia Indonezyjczykom więcej frajdy niż foto-foto. Na uroczystość przyjechałyśmy przede wszystkim z nadzieją zobaczenia tradycyjnego tańca Baronga. Według mitologii Barong, będący ucieleśnieniem dobrych sił, chroni Balijczyków przed złośliwymi klątwami czarownicy Rangdy. Barong może mieć wiele wcieleń, być małpą, słoniem, człowiekiem, demonem, najczęściej jednak występuje w czerwonej masce z wyłupiastymi oczami, ogromnymi zębami, rogami, długimi włosami i brodą. Jego postać odgrywana jest przez dwóch tancerzy, którzy muszą wykonywać poszczególne ruchy nóg i stóp w harmonii, wskazującej na jeden umysł. Zanim jednak na scenie pojawiła się Rangda mogłyśmy oglądać kilka innych tradycyjnych balijskich tańców. W kunsztownych, złotych strojach i pięknych batikowych sarongach tancerki dostojnie odrywały swoje role. 

balijczycy w odświętnych strojach (fot. Dorota)
Według tradycji podczas tańca Baronga, na pomoc w walce ze złą czarownicą przychodzą mu mężczyźni uzbrojeni w sztylety, ale pod wpływem klątwy rzuconej przez Rangdę wbijają ostrza we własne piersi i tancerze pokonani przez zło padają na ziemię. Na szczęście na pomoc mieszkańcom przychodzi kapłan. Jednak to co widziałyśmy różniło się od wersji, o której czytałyśmy. W takich chwilach znowu żałuję, że marny ze mnie kulturoznawca. 
z lewej Rangda, po środku Barong (fot. Dorota)
Nagle przy niepokojących, metaliczny dźwiękach gamelanu pojawiły się na scenie nie jedna, ale trzy czarownice, a hipnotyzująca muzyka spowodowała, że to nie aktorzy ruszyli na pomoc Barongowi, ale wpadający w trans ludzie. Stawali się oni wtedy agresywni i próbowali dosięgnąć jej rękami. Nie na żarty już przestraszona zaczęłam nerwowo rozglądać się wśród tłumu w poszukiwaniu kolejnych osób wpadających w trans, wybranych przez duchy spośród zebranych. Ludzie w nim pogrążeni tańczyli spoceni ze strasznym grymasem na twarzy, krzyczeli, jeden z nich śmiał się w mało przyjemny i stanowczo nie zaraźliwy sposób. Co silniejsi mężczyźni próbowali utrzymać ich w ryzach, żeby po jakimś czasie, trzymając mocno za ramiona odprowadzić do świątyni. A prowadzono ich dokładnie tymi samymi schodami, na których siedziałyśmy, serce zaczęło mi bić zdecydowanie szybciej. Zaraz za nimi do wnętrza świątyni podążył cały tłum ludzi, a po dłuższym zastanowieniu także i my. Dowiedziałyśmy się, że pogrążonymi w transie osobami zajmują się teraz kapłani, a kiedy z niego wyjdą nie będą już nic pamiętać. Tak też rzeczywiście było. Mijający nas ludzie, którzy przed chwilą wyrywali się i krzyczeli, szli teraz obok nas zmęczeni i cali mokrzy od potu. Zgodnie z wierzeniami Balijczyków świat przepełniony jest przez duchy, bogów i demony, w tym momencie poczułam to wszystkim zmysłami. „W świecie tym, gdzie Balijczycy pogrążeni są w kosmologicznym dualizmie, dobro i zło walczą nieustannie ze sobą, jednak żadna ze stron nie może dostąpić zwycięstwa. Ono to bowiem mogłoby zburzyć harmonie istnienia, stanowiącą podstawowy fundament kosmologii balijskiej.” Z tego powodu walka między Barongiem a Rangdą nie kończy się zwycięstwem żadnego z nich. Dobro równoważy zło, bez ich odwiecznej walki nie byłoby harmonii.  

Kolejny dzień miał być nie tak mistyczny, ale nie mniej ekscytujący. Na wypożyczonych skuterach ruszyłyśmy na podbój Uluwatu. Podróż urozmaicona przerwami na deszcz jak na pierwszą wyprawę na skuterach minęła nam wzorowo. Nie licząc rozdzielenia się i lekkiego zagubienia w naszej grupie. Po dotarciu do świątyni już na samym progu zostałyśmy uczciwie ostrzeżone, żeby uważać na … małpy. Cały przepiękny kompleks Pura Uluwatu zamieszkały jest przez setki małp, które obskakują turystów gdy Ci tylko poruszą ręką, żeby podrapać się w ucho. Podczas naszej krótkiej wizyty widziałyśmy kilka zerwanych z nóg japonek, okularów przeciwsłonecznych zdjętych zręcznymi łapkami z twarzy, a Ela straciła kolczyk! Małpka sprytnie zdjęła jej go z ucha po czym zaczęła (nie wiem czy ze smakiem) przeżuwać. Na szczęście na ratunek przyszła jedna z pań pilnująca w Uluwatu porządku i dała małpce do podgryzania drobną siateczkę, w którą kolczyk się wplątał. W świątyni można obejrzeć także słynny taniec Kecak, na który żwawym krokiem pobiegły przypadkowo poznane przez nas rodaczki. My jednak sceptycznie nastawione do oglądania wszelkich organizowanych typowo pod turystów przedstawień odpuściłyśmy sobie tą rozrywkę. Przecież nie można zobaczyć wszystkiego w dwa dni! Potem okazało się, że nasz wybór był słuszny. Jak przeczytać można w Internecie organizatorzy wpuszczają podobno nieograniczoną liczbę gości, pozwalając im siedzieć i stać na scenie, przez co mini teatr staje się tak zatłoczony, że trudno jest oglądać występ. Przedstawienie nie jest też najwyższych lotów, a aktorzy zamiast grać zajmują się raczej zabawianiem w prymitywny sposób publiczności. Ufam tej opinii, Kecak Dance musimy więc zobaczyć innym razem. Tymczasem opuszczamy wspaniałą świątynię, żeby tylko zdążyć na zachód słońca na pobliskiej, pięknej i niestety bardzo popularnej wśród surfersko-australijskiej młodzieży plaży Uluwatu. Widok na topniejące, złote słońce trochę osłodził nam trudy późniejszego ciężkiego powrotu do domu. Trzy godziny w ulewnym deszczu. Ale Bali jest tego warte;)
niewinne małpki 

















widok z położonej na przepięknym klifie Uluwat
Niedzielny poranek natomiast upłynął nam pod znakiem upłynniającej się gotówki. Żeby móc zrealizować plan obejrzenia nielegalnych walk kogutów musieliśmy kupić sarongi. W tym celu wybraliśmy się do Sukawati, czyli jednego z najsłynniejszych i największych centrów rękodzieła na Bali. I rzeczywiście było czym się tam zachwycać. Oprócz przepięknych batikowych sarongów, których wielofunkcyjność okazała się być potem bezcenna w wielu przeróżnych sytuacjach, znaleźliśmy także malutki sklepik z antykami. Jego właścicielka nie do końca zdawała sobie chyba sprawę jakie ma w nim skarby i w bardzo (dla nas) korzystnych cenach kupiliśmy przepiękne balijskie maski.

Po udanych zakupach i wystrojeni w sarongi mogliśmy już jechać do Batuan zobaczyć walki kogutów. Odbywają się one obok przepięknej świątyni pod przykrywką ceremonii (stąd obowiązkowe sarongi) w razie gdyby nagle pojawiła się w pobliżu policja. Na Bali walki kogutów (tajen) zostały bowiem zakazane w 1981 roku, jednak ich tradycja nie zanikła i nadal jest praktykowana podczas tradycyjnego rytuału oczyszczenia ze słych duchów zwanego tabuh rah, czyli „wylewu krwi”. W tajen koguty są uzbrojone w przymocowane do obu nóg ostre sztylety zwane taji. Walka trwa więc aż do wylewu krwi pokonanego koguta, która wsiąkając w ziemię ofiarowywana jest złym duchom. Tak przynajmniej mówi tradycja. Ja obserwując rozgorączkowanych mężczyzn krzyczących i podających sobie grube pliki rupii myślę, że obecnie więcej ma to wspólnego z hazardem i rozrywką znudzonych ubogim życiem ludzi. A jest to rozrywka typowa męska. Kobiety nie mogą brać w niej udziału, a nawet patrzeć. Zanim jednak walka się rozpocznie należy utworzyć kategorie wagowe. Dumni właściciele ważą koguty w dłoniach i wybierają przeciwników. Dumni, bo przygotowanie do walki takiego koguta to niełatwe zadanie – treningi, dieta, do wszystkiego podchodzi się bardzo poważnie i profesjonalnie. Kiedy rywale są już znani, nagle wszyscy podrywają się z miejsc, krzyczą i wymachują pieniędzmi. Nie mam pojęcia jak te chaotyczne zakłady są przyjmowane i w jaki sposób wiadomo potem kto i ile wygrał. Trzeba być niezwykle spostrzegawczym i szybkim, żeby się w tym nie pogubić. Warto, bo wokół krążą duże pieniądze.







Między jednym a drugim kogucim starciem zaczepił nas pewien Indonezyjczyk. Na początku podejrzewaliśmy u niego potrzebę porozmawiania sobie po angielsku, ale na pogawędce się nie skończyło. Po walkach zaprosił nas do domu, gdzie serdecznie przyjął ciasteczkami, owocami i herbatką. Aż trudno było uwierzyć, że taki jest dla nas dobry i bezinteresowny, dopóki nie wyszło na jaw, że jest artystą i cała pogawędka miała na celu skuszenie nas do zakupu jego dzieł. Oczywiście po wyjątkowo okazyjnych cenach, wie przecież, że jesteśmy studentami, a jemu zależy tylko na tym żeby jego sztukę zobaczył daleki świat… . Kiedy stanowczo odmówiliśmy zrobiło się nieprzyjemnie więc najedzeni ciasteczkami wróciliśmy przed świątynię, żeby podziwiać tańczące tam przy dźwiękach gamelanu kobiety. 


Nie był to jeszcze koniec kulturalnych rozrywek tego wieczoru. W drodze powrotnej, na totalnym odludziu wypatrzyliśmy ogromną altanę (a może bardziej usłyszeliśmy dźwięk muzyki), w której odrywało się przedstawienie. Zawrócenie było chyba jedną z najlepszych decyzji tego dnia. Chociaż nie rozumieliśmy ani słowa, gra aktorów, muzyka i klimat były tak niesamowite, że moglibyśmy tam siedzieć do rana. Kiedy próba się skończyła czekała nas jeszcze większa niespodzianka. Okazało się, że aktorzy w 2007 roku gościli w instytucie Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu i współpracują z Odin Teatret. Zupełnie przez przypadek trafiliśmy więc na próbę prawdziwych gwiazd. Takie rzeczy mogą się zdarzyć tylko w Indonezji!

Ostatni dzień na Bali przed wyruszeniem dalej na wschód mieliśmy spędzić nad jeziorem Danu Bratau podziwiając wzniesioną nad nim świątynię. Niestety pogoda znowu pokrzyżowała nam szyki i ulewny deszcz zmusił nas do zawrócenia w połowie drogi. Na szczęście świątyń na Bali nie brakuje więc w drodze powrotnej spędziliśmy trochę czasu w Taman Ayun w wiosce Mengwi. Chociaż świątynia była przepiękna, pech nas tego dnia nie opuszczał. W Denpasar nadgorliwi stróże prawa wlepili nam mandat! Przypuszczam, że bardziej za naszą białą skórę i bycie bule, niż za jakiekolwiek przewinienie. Ale nie był na Bali ten, kto nigdy nie dostał mandatu na skuterze. Po powrocie do domu pozostało nam tylko zbierać siły na dalszą drogę.

wtorek, 13 grudnia 2011

motor city

http://soundcloud.com/cityslang/caribou-leave-house-motor-city-drum-ensemble-remix
          Zaczynam powoli rozumieć dlaczego Yogyakarta nazywana jest kulturalną stolicą Indonezji – każdego dnia znaleźć można tutaj coś nowego i fascynującego, a pewnie możliwości byłoby jeszcze więcej gdybym posiadała skuter. Dlatego w kolejnym odcinku podróży po Yogy będzie mowa właśnie o tych wspaniałych dwukołowych środkach transportu. Już w Bangkoku wydawało mi się, że po ulicach płynęły strumieniami rzędy skuterów jednak było ich bez porównania mniej niż w Yogyakarcie (a podobnie jest na pewno i w całej Indonezji, jak na razie nie miałam niestety okazji wychylić się poza Jawę, co mam nadzieję już za klika dni się zmieni:)). Tutaj skuter jest obowiązkowym nabytkiem każdego nastolatka – nie wiem w zasadzie jak to wygląda od strony prawnej, w jakim wieku można wyrobić prawo jazdy i czy w ogóle jest to w jakikolwiek sposób regulowane, bo obserwując tutejsze ulice ma się wrażenie, że zasad ruchu drogowe i tak nikt nie przestrzega, a jedyne panujące prawo to prawo silniejszego/większego. Prawo jazdy należy jednak mieć, bo policja uwielbia zatrzymywać z powodu jakichś zmyślonych przewinień, oczekując łapówki (50 000 – 100 000 Rp), która im „przymknie oko”.  Ale jeśli prawa jazdy się nie ma (tak jak ja) podobno poza Bali wystarczy uruchamiając swoje aktorskie zdolności i z pełnym przekonaniem pokazać np. legitymację studencką lub jakikolwiek inny dokument ze zdjęciem. Nie uratuje nas to raczej przed obowiązkową łapówką, ale myślę że może uratować przed skończeniem w areszcie. 
        Ponieważ skuterów jest znacznie więcej niż samochodów służą one nie tylko do przewożenia ludzi, ale też różnego rodzaju towarów – nie pamiętam już ile razy z zaskoczenia opadła mi szczęka na widok przewożonych przedmiotów. Były to już standardowo dziesiątki worków, skrzyń, paczek, paczuszek, wiaderek, ale także np. telewizory (i to nie płaskie plazmy, ale te z ogromnymi kinetoskopami i w liczbie co najmniej pięciu),  drzewo (!!!!), skrzynki z ptakami, kilogramy roślin, a właściwie całych krzaków i co dusza zapragnie. Żałowałam tylko, że nigdy nie miałam w odpowiednim momencie aparatu. Jednak zdaje się, że na Indonezyjczykach nie robi to większego wrażenia i każdy mieszkaniec Yogy swoje zakupy także przewozi w jakiś wariacki sposób.

           Inny szokujący mnie za każdym razem widok to czteroosobowe rodziny jadące razem na jednym skuterze. Starsze dziecko (najczęściej bez kasku) stoi z przodu oparte o kierownice, potem tatuś-kierowca, za nim mama z malutkim dzieckiem na ramionach lub trochę starszym siedzącym pomiędzy rodzicami. Generalnie są to animowane ilustracje przedstawiające łamanie wszelkich norm bezpieczeństwa, ale widok ten jest tak częsty, że wypadki muszą w jakiś magiczny sposób omijać te rodziny. Mam nadzieję, że Allach ma ich w opiece.


         Co jeszcze ciekawe Indonezyjczycy bardzo lubią stare pojazdy. Antyczne amerykańskie limuzyny, ale i stare motory i skutery. A wśród nich Vespy! Jest ich całkiem sporo, a niektóre przepięknie wyremontowane śmigają po zatłoczonych ulicach wzbudzając moją zazdrość. Zamiłowanie do starych pojazdów odzwierciedla także ilość fanklubów, które często spotykają się na mieście, razem wyjeżdżają i razem dbają o swoje cacka.

Fantazja jeśli chodzi o "upiększanie" dwukółek także nie ma granic. Chociaż czasami wystarczy wiadro złotego brokatu albo szablon wycięty w kwiatuszki.



Na koniec ciekawy sposób zabezpieczania stojącego przez cały dzień w słońcu skutera przed nadmiernym rozgrzaniem :)

wtorek, 29 listopada 2011

Tercetem do Solo

Misja Wycieczka do Solo podejście drugie tym razem zakończyła się pełnym sukcesem – a przynajmniej nie tak oczywistym jak mogłoby się wydawać, dotarciem na miejsce. Tydzień temu scenariusz był taki. Pobudka sms’owa – „Hej, co z tym Solo, ja za godzinę mogę być gotowa”. Czy potrzeba było coś więcej? Szybkie pakowanie, wciągnięcie tradycyjnej owsianki i w drogę. Niestety na Dworzec Kolejowy Tugu dotarłyśmy o dosłownie kilka minut za późno. Akurat tym razem pociąg przyjechał i odjechał punktualnie. A kolejny dopiero za 3h, teoretycznie wg rozkładu miał być o 13:35. Co teraz? Szybkie kartkowanie przewodnika w poszukiwaniu nowej destynacji. Padło na Kaliurang, terminal z którego miały odjeżdżać busiki teoretycznie nie znajduje się daleko od Tugu więc ruszyłyśmy w jego poszukiwaniu (oczywiście tradycyjnie piechotą, co nadal wszystkich dookoła szokuje;)). Niestety na miejscu okazało się, że żaden z kilkunastu busów do Kaliurangu nas nie zawiezie, a panowie kierowcy wydawali się nawet dość zakłopotaniu pytaniem o tą trasę. Wskazali tylko, w którą stronę trzeba nam się na Kaliurang kierować – nie wiem czy przypuszczali, że nawet tam dojdziemycpiechotą czy może należało łapać transport na ulicy. Zaczęłyśmy więc iść we wskazanym kierunku w nadziei, że może spotkamy na swojej drodze inny dworzec albo inne rozwiązanie. I rzeczywiście jedno „rozwiązanie” znalazło nas samo dość szybko. Pewna Pani W Średnim Wieku, która mogła się pochwalić posiadaniem samochodu "z dużą paką", zaproponowała, że nas na niej podwiezie. Za jedyne 200 000 Rp, czyli tyle co taksówka za dwa razy dłuższą trasę do Selo. Grzecznie więc podziękowałyśmy i wycieczka po marudzeniu jeszcze przez kilka minut zakończyła się w najbliższym warungu. Nasz total fail usprawiedliwić mogę  tylko tym, że była to niedziela 13tego…  A! Zapomniałam wspomnieć o nieco groźnie wyglądającej manifestacji przeciwko Barakowi Obamie przez której środeczek przejeżdżałyśmy autobusem. Mogła mieć coś wspólnego z rozpoczynającym się w kolejnym tygodniu balijskim szczytem państw ASEAN, na którym zaplanowano obecność prezydentów Australii, Chin, Indii, Japonii, Korei Południowej, Rosji oraz USA właśnie. A dokładnie w tym samym czasie kiedy autobus przedzierał się przez tłumek, w przewodniku przeczytałyśmy, że Solo słyniez antyzachodnich manifestacji i jest jednym z najbardziej konserwatywnych i muzułmańskich miast w Indonezji … . 

Za drugim podejściem jednak udało się dojechać, chociaż nie obyło się bez małego opóźnienia. Na szczęście PKP przyzwyczaiło nas do tego, że rozkład często mija się z prawdą. I to dość znacznie. Inne podobieństwa? Pociągi do złudzenia przypominają nasze interregio albo te z Kolei Mazowieckich. Plastikowe siedzonka, trochę obdrapane. Niektóre okna nie dają się otworzyć więc gdyby nie klimatyzacja (tutaj wyprzedzają PKP) można by się udusić, bo ludzi podróżujących pociągami jest całkiem sporo. I podobnie jak w Polsce – kto pierwszy ten lepszy, a że już nie raz widziałam jak Indonezyjczycy przepychają się np. do autobusu, strategicznie zajęłam w miarę bezpieczną pozycję, która pozwoliła mi wskoczyć do środka nie staranowana przez spory tłumek. Jednak mamy tutaj nad innymi przewagę, a Krysia ze swoimi ponad 170 cm wzrostu ma ją na pewno – kiedy w drodze powrotnej poczekałyśmy aż wszyscy załadują się już do pociągu i same zaczęłyśmy wchodzić do środka, pojawił się znienacka jeszcze jeden Indonezyjczyk i bezczelnie zaczął przepychać się przed nas za co dosięgło go długie ramie Krysiowej sprawiedliwości. Wyciągnęła tylko rękę i zablokowała go przedramieniem – zaskoczona mina bezczelnego pana była bezcenna, a jego ego musiało bardzo ucierpieć. Podróż pociągiem nie różni się więc wiele od tej w Polsce, może głównie ceną. Za trasę Yogyakarta – Solo zapłaciłyśmy 10 000 Rp (ok. 5pln), cena biletu w pociągu „eksekutif” to 20 000 Rp, nie wiem jakie wiążą się z tym udogodnienia, ale myślę, że Polakom bardzo przypadłby do gustu tańszy pociąg, którym jechałyśmy. Można poczuć się jak w domu.


W Solo, po otwarciu drzwi klimatyzowanego wnętrza pociągu od razu zaatakowało nas uderzenie gorącego powietrza. W lejącym się z nieba żarze, dzierżąc w ręku mapę i z uzupełnionym zapasem wody w plecaku ruszyłyśmy zobaczyć największe atrakcje miasta. Oczywiście tradycyjnie wszędzie na piechotę więc miałyśmy okazję obejrzeć spory kawałek miasta.





Co nas przede wszystkim podczas tego spaceru uderzyło to totalna pustka na ulicach, momentami brakowało tylko toczących się roślin niczym z westernu i świszczącego wiatru. Dlatego zadziwić mogą trochę liczby – w Solo żyje 520,061 mieszkańców, a gęstość zaludnienia to 11,811.5 os/km2, natomiast Yogya ma 388 088 mieszkańców i porównywalną gęstość zaludnienia 11941 os./km² , a wydaje się być znacznie bardziej ruchliwa i żywa! Solo sprawiało wrażenie opuszczonego, wymarłego miasta.


"Atrakcja turystyczna", od której zaczęłyśmy także nie przeżywała oblężenia przez tłumy turystów. Pałac Mangkunegaran wzniósł w 1757 roku książę Raden Mas Said, który w tym samym roku podpisał porozumienie z Holenderską Kampanią Wschodnioindyjską (VOC). Na mocy tego traktatu stał się władcą Sułtanatu Mataram i od tej pory znany był jako Mangkunegara I. Bilet w cenie 10 000 Rp pozwalał nam na zwiedzanie z przewodnikiem, który najpierw tradycyjnie wypytał nas skąd jesteśmy, po co, dlaczego, gdzie jak długo itp. A dopiero potem zaczął opowiadać historię pałacu. Zaczął od krótkiego wstępu na temat „pierwszej Sali”, czyli ogromnej „wiaty” będącej w tej chwili w renowacji. A biorąc pod uwagę leżakujących gdzieniegdzie robotników myślę, że ta renowacja, może potrwać jeszcze kilka ładnych miesięcy. 
 



W pierwszej Sali zazwyczaj miały miejsca oficjalne uroczystości, w których mogli brać udział także mieszkańcy Solo. Następnie oprowadzono nas jeszcze po jednej salce, która okazała się być jedyną dostępną dla zwiedzających w całym pałacu. Niestety tam (pomimo, że wykupiłam sobie pozwolenie na robienie zdjęć) nie mogłam wyciągnąć aparatu więc najciekawszych eksponatów nie udało się uwiecznić. Chociaż ich kolekcja nie porażała raczej swoją ilością i wyjątkowością. Znalazły się tam m.in. prezenty z Europy – głównie pozłacane zastawy stołowe (co ciekawe na każdej filiżance itp. wygrawerowana była rzymska cyfra, dzięki czemu było wiadomo, któremu władcy zostały one podarowane. Obok zastaw stały również misternie zdobione „trzymadełko” na cygara i inne akcesoria do ich palenia. Zaskakująca była kolekcja szklanych figurek z włoskiego Murano. Nie zabrakło również broni – w jednej z gablot długie szable, które książęta nosili podczas studiów na Akademii Wojskowej w Holandii. W innej cała kolekcja tradycyjnej azjatyckiej broni jaką jest kris. Jest to krótki sztylet zwykle o wężykowatej klindze z bruzdami i często małą, haczykowatą wypustką. Współcześnie jest uzupełnieniem oficjalnej garderoby arystokracji. W swoim charakterystycznym „wężowym” kształcie pojawił się dopiero około wieku XIII, jednak jego tradycja sięga aż do prehistorii. Najwcześniej pojawił się na Jawie, w późniejszym okresie pojawiły się różne lokalne odmiany. Każda odmiana mogła być używana tylko przez określoną klasę osób. Kris stanowi obiekt czci niemal religijnej, ofiaruje się mu kwiaty, kadzidła i żywność. Dla nabrania mocy magicznej wbijano kris w ciało węża, sama forma klingi nawiązuje do symboliki węża naga. Czcią darzono również wytwórców, zwanych empu, przypisując im znajomość magii. Wykorzystywali oni, oprócz zwykłego żelaza, również żelazo pochodzące z meteorytów, uzyskując odpowiedni efekt dekoracyjny. Rękojeść dawnych krisów nawiązuje natomiast do postaci ludzkiej. W gablocie znalazły się także znacznie mniejsze krisy przeznaczone dla kobiet, które dla samoobrony trzymały je ukryte we włosach – tak przynajmniej twierdził przewodnik. Ciekawymi eksponatami były także ... pasy cnoty. Wydaje mi się, że w Europie do ich noszenia zobowiązane były tylko kobiet, tutaj do XVII w. „opasywali” się nimi także mężczyźni kiedy wybierali się w jakąś oficjalną podróż, na polowanie itp. Zdjęcia niestety nie mogłam zrobić, ale można mi wierzyć na słowo, że wyglądały przerażająco. Po przejściu się jeszcze przez malutki ogródeczek do altany, w której nadal przyjmuje się ważnych gości wycieczka się skończyła. 
 





Kolejnym punktem programu było Kraton oraz najważniejszy i największy meczet w Solo. Spacer w płonącym słońcu nie należał do najprzyjemniejszych, ale po drodze stwierdziłyśmy, że pod dwoma względami Solo przerasta Yogyakratę. Jest przyjaźniejsze dla pieszych, którzy wyjątkowo mogę chadzać tutaj chodnikami, a nie z duszą na ramieniu dreptać poboczem. Po drugie pieczywo, które wszędzie w Indonezji niczym nie przypomina polskiego chleba, mimo to jest zdecydowanie lepsze niż kupowane w Yogy. Co jeszcze zaintrygowało nas po drodze, a czego z pewnością nie zauważyłybyśmy jadąc np. taksówką to ludzie robiący co kilka metrów ogromne ślubne „standy” ozdobione kwiatami, które sławiły imiona najprawdopodobniej przyszłych małżonków. Podobno 13.11.11 to idealna data i tego dnia odbywało się  w Solo dziesiątki ślubów. Może jest to wytłumaczeniem pustych ulic – wszyscy imprezowali.

 

Trochę tłoczniej zrobiło się w okolicy tutejszego kratonu – jednak niestety nie na tyle interesująco żeby poświęcić temu miejscu dłużej niż klika minut. Podobnie meczet. Całe szczęście, że na tym skończył się nasz turystyczny plan zwiedzania, bo niebo stawało się coraz bardziej pochmurne z minuty na minutę więc strategicznie udałyśmy się w kierunku Dworca. 



Niestety po drodze zaczęło równo lać – cóż pora deszczowa w pełni więc dzień bez deszczu to dzień stracony. Na szczęście miałyśmy parasolki więc dzielnie brnęłyśmy przez lejące się z nieba strugi do przodu, nauczone doświadczeniem z dnia poprzedniego, że ten rodzaj deszczu może trwać dłużej niż kilka minut. Niestety nasza wiedza meteorologiczna jest wciąć dość ograniczona i nie wróżę nam kariery pogodynkek. Po ok. 20 minutach szybkiego marszu, czyli dokładnie przed samym dworcem ktoś tam na górze zakręcił kurek. Podsumowując Solo nie jest naszymi ulubionym miastem na Jawie.