czwartek, 29 marca 2012

Dieng Plateau i wzruszające pola ziemniaków

Pomysł na wycieczkę na Dieng Plateau brzęczał nam w głowach już od długiego czasu, jednak zawsze wyskakiwało nam "coś". Pewnego pięknego wieczoru zebrałyśmy się więc po prostu żeby bez zbędnego gadania i planowania napisać na Couchsurfingu (dla przypomnienia http://pl.wikipedia.org/wiki/CouchSurfing) wiadomość do jedynego hosta w Wonosobo, miejscowości będącej bazą wypadową do Dieng Plateau. Chociaż planowałyśmy wypad we czwórkę (a jest to spora liczba osób do przenocowania) już następnego dnia otrzymałyśmy pozytywną odpowiedź. Tak więc w piątek rano wyruszyłyśmy w drogę. Jadąc do Wonosobo z Yogy najlepiej jest wyruszyć z Terminalu (autobusowego) Jombor do Magelangu, gdzie trzeba się przesiąść do małego busika do Wonosobo. Terminal w Wonosobo, położony jest trochę poza miastem więc potem czekała nas kolejna przesiadka w żółty busik do miasta, a potem kolejny już pod adres naszego gospodarza. A Harry okazał się najlepszym gospodarzem we wszechświecie. Ma osobny pokój tylko dla couchsurferów, nie pozwoli Ci wyjść z domu bez jedzenia, przygotowuje dla każdego mapę z najważniejszymi punktami na Dieng i ma garść cennych porad. Poza byciem najlepszym na świecie gospodarzem jest również ciekawą osobą. Kręci np. amatorskie filmy, teledyski (w jednym wystąpiła kiedyś mieszkająca u niego couchsurferka z PolskiJ), dokumenty na temat jawajskiej kultury, a po wybuchu Merapi w 2010 roku był jednym z wolontariuszy. Ma także szkołę angielskiego, do której oczywiście nas zaproszono. Zastanawiam się, czy to właśnie szkoła nie stała się przyczyną jego zainteresowania Couchsurfingiem. Może gwarancja częstych wizyt bule w szkole pozwala mu utrzymywać wyższą cenę i prestiż, dzięki jego zagranicznym „przyjaciołom”. Nie było by to zaskoczeniem, ale z drugiej strony przy całej jego ogromnej gościnności chyba lepiej tego nie analizować. Ach! Jeszcze jedna ciekawostka! Podczas naszej wizyty mieszkała u niego jeszcze jednak couchsurferka, pracująca przez miesiąc w jego szkole jako wolontariuszka. Skąd była? Oczywiście, że z Polski! Co tylko potwierdza fakt, że nasi rodacy są wszechobecni J Tego dnia wybraliśmy się jeszcze na wycieczkę na piękne pola ryżowe wokół miasteczka i do ciepłych źródeł, jednak popadujący deszcze szybko nas wypłoszył.





Kolejny dzień był dniem wzruszeń nad polami ziemniaków (i losem owcy ze zdjęcia powyżej, ścigałyśmy  ten skuter dobrych kilka km żeby to uwiecznić:)). Nigdy bym też nie przypuszczała, że zbocza porośnięte kapustą i ziemniakami mogą być tak malownicze. A żeby w pełni móc je podziwiać polecam jednak wypożyczyć skuter – część trasy można pokonać piechotą, dojeżdżając do Desa Dieng bemo z Wonosobo. Jednak na skuterze można zobaczyć zdecydowanie więcej, szybciej i wygodniej, dzięki czemu udało nam się odhaczyć większość „atrakcji turystycznych”, które zdecydowanie warte są wyhaczenia i odhaczenia.

Samo Dieng Plateau to ogromny krater powstały w wyniku wybuchu mistycznej góry Prau. Przez jakiś czas krater wypełniała woda, która z czasem wyparowała, jednak obszar jest nadal aktywny wulkanicznie, czego dowodem są unoszące się opary siarki i przepiękne, ale trujące jeziora. Dieng położone jest na wysokości ok. 2000 m. więc jest tam znacznie chłodniej, ale dzięki temu doskonale się podróżuje. Oprócz malowniczych pól kapusty do zdecydowanych "must see" należy m.in. Świątynia Arjuna odkryta na środku mokradeł dopiero 1814, może dzięki temu udało jej się przetrwać do dzisiaj, a cały kompleks świątynny gromadzi najstarsze na Jawie świątynie hinduistyczne wzniesione w 809r. ku czci Sziwy.  






Dowodem na dalszą aktywność wulkaniczną tego obszaru są Telaga Warna (Colorfoul Lake) i krater Sikidang.  Jednak największa przyjemność sprawia po prostu jechanie przed siebie i podziwianie widoków dookoła (przez co raz dojechałyśmy do drogi kończącej się niemałą górką, trzeba było zawrócić, ale najpierw trzeba było ruszyć się z miejsca, a piękny widok tego nie ułatwiałJ). Kolejna niepozorna dróżka doprowadziła nas do wioski na końcu świata, dosłownie. Prowadzi sobie ona wśród wzgórz, a nagle okazuje się, że ze kolejnym wzniesieniem jest wioska. Wioska zwie się Sembungan i jest podobno najwyżej położoną na Jawie – 2302 m.n.m.p. A w niej droga się kończy. Okazało się, że turyści wspinają się z Sembungan na górę Sikunir, aby podziwiać wschód słońca, my na wschód trochę się spóźniłyśmy i bliżej było już do zachodu, ale i tak na górę wlazłyśmy, żeby jeszcze trochę pozachwycać się widokami. Niestety przez mgłę Merapi ani Marbabu widać nie było, ale warto się tak dotlenić.


Jedną z ciekawostek Dieng są dzieci z dredami. Podobno dzieci te rodzą się mając „normalne” włosy jednak w pewnym momencie stają się one dredami (ciekawa jestem czy to nie przez bród i brak grzebieni, ale podobno prowadzi się nad nimi badania i nadal nie znaleziono odpowiedzi więc chyba nie jest to tak proste;)). Dzięki włosom dzieci obdarzone są „mocami” – są bardziej energiczne, aktywne, silniejsze, a także…złośliwe i psotne. Pomimo to uważa się, że są one szczęściem dla domu, jednak żeby z drugiej strony nie ściągnąć na dziecko i całą jego rodzinę nieszczęścia włosy muszą zostać w pewnym momencie obcięte podczas specjalnego rytuału. W sierpniu każdego roku organizowana jest specjalna procesja do świątyni Arjuna, gdzie dzieci są kąpane w źródlanej wodzie, obsypywane ryże i monetami, a ich włosy obcinane są przez liderów społeczności i wrzucone potem do Telaga Warna (Kolorowego Jeziora). Z okazji tej ceremonii rodzice muszę spełnić każdą zachciankę dzieci i podarować im co tylko sobie zażyczą, np. ciężarówkę pełną krów ….

Mniejszą ciekawostką była właścicielka warunga obok świątyni, w którym zatrzymałyśmy się na rozgrzewającą kawę. Pani była ciekawa ponieważ mówiła po indonezyjsku niewiele lepiej niż my, pomimo młodego wieku posługiwała się głównie jawajskim. Do tej pory wydawało nam się, że zdarza się to tylko w przypadku starszych mieszkańców Jawy, a jednak. U pani znowu zachwycałyśmy się smakiem specjalności regionu – konfiturą z owocu carica. Trzeba spróbować! 










środa, 28 marca 2012

Skuter, rzecz święta

Nie wierzyłam o ile prostsze jest życie w Yogy ze skuterem zanim nie zdecydowałyśmy się na co weekendowe wypady za miasto i eksplorację centralnej Jawy. Komfort życia automatycznie (niczym Honda Vario) wskakuje na wyższe obroty. Po powrocie z Bali, kiedy trochę już na skuterach pojeździłyśmy zdecydowałyśmy się docenić wyspę, na której siedzimy od kilku miesięcy. Wycieczki okazały się być bardzo pouczające, Jawa jest piękna :) Co prawda wydostanie z niekończących się jawajskich miast wymaga nieco wysiłku i długiej drogi, ale kiedy trafi się do tak pięknych miejsce jak np. Dieng Plateau zdrętwiałe od siedzenia na skuterze pośladki nie grają roli.

Na rozgrzewkę wybrałyśmy się na sobotni spacer po dżungli, czyli do Kaliurangu. Miejscowości położonej ok. 20 km od Yogy, z której rozpościera się piękny widok na wulkan Merapi. Niestety dotarłyśmy tam troszeczkę za późno i po wdrapaniu się na punkt widokowy rozpościerał się przed nami wyłącznie dywan mlecznobiałych chmur. Ale wejść było warto, przyroda jest niesamowita. Polecam serdecznie. Katarzyna Wójcik.




Zagadka. Gdzie jest Stycznik? 
Kolejny punkt programu był już bardziej ambitny. Przewodnik Lonely Planet (a jakże!) zainspirował nas, żeby wybrać się na poszukiwanie jednych z najstarszych hinduistycznych świątyń na Jawie. Świątynie znajdują się na wschód od Solo, w przewodniku trasa jest mniej więcej opisana więc gubiąc się tylko kilka razy udało się do nich dotrzeć. A kiedy już minęłyśmy Solo i wszelkie mniejsze miejscowości droga zaczęła piąć się pod górę, co spowolniło trochę naszą wycieczkę nie z powodu mocy w silnikach, ale przez częste przystanki na zrobienie zdjęć. Widoki są przepiękne! Jednak z założenia celem naszej wycieczki były świątynie, których w tych okolicach jest kilkanaście, a my dotarłyśmy do dwóch najważniejszych. Candi Sukuth i Candi Ceto. Rzeźby i reliefy zdobiące świątynie przedstawiają zazwyczaj fragmenty z hinduistycznych eposów, prehistoryczne zwierzęta, czy też…obiekty seksualne. Te ostatnie dzieli się na Lingga (symbol męskości) oraz Yoni (symbol kobiecości), oba symbolizujące płodność. Niektóre z nich można by łatwo przegapić, ponieważ są tylko umowne, symboliczne. Jednak inne są dość „dosłowne”, o czym dalej. Pomimo błądzenia jako pierwszą udało nam się znaleźć Sukuth, świątynię z XV w. położoną na zboczu góry Lawu. Candi Sukuh (podobnie jak Ceto) należy do jednej z ostatnich  na Jawie świątyń hindu-buddyjskich wzniesionych przed ostatecznym upadkiem królestwa Majapahit pod naporem islamu. Głównym zabytkiem jest nieduża, prosta konstrukcja przypominająca piramidę, z reliefami na ścianach i posągami stojącymi przed nią. W tym trzema płaskimi żółwiami, które były prawdopodobnie ołtarzami ofiarnymi oraz figurą przedstawiająca mężczyznę trzymającego swego…fallusa. A z ciekawostek jakich doczytałam się na Wikipedii: zacnej wielkości, bo mający 1,6m długości Lingga z czterema jądrami (na pewno coś symbolizującymi) jest jedną z rzeźb przeniesionych do Muzeum Narodowego. Zanim jednak to się stało przybył tu Sir Thomas Raffles (założyciel mojego ukochanego Singapuru, o którym w kolejnych odcinkach) i znalazł on rzeźbę rozbitą na dwie części (cała świątynia była wtedy w złym stanie) które polecił skleić razem. Podobne akty wandalizmu zdarzały się często (szczególnie w przypadkach prac poruszających temat seksualności) podczas inwazji Islamu w XVI w.







Druga ze świątyń – Candi Ceto, wymagała od nas więcej wysiłku. Skuter, na którym jechały Ela i Krysia nie dał sobie rady na stromym podjeździe i jedna z nich musiała maszerować na górę piechotą. A do tego całkiem mocno się rozpadało, na szczęście nie na długo. Ale cierpliwość została nagrodzona, ponieważ świątynia naprawdę robi wrażenie (biorąc pod uwagę zabytki na Jawie). Podobnie jak w Sukuth głównym budynkiem jest piramida (przypominająca nieco piramidy Inków), a żeby się do niech dostać trzeba pokonać kilkaset schodów i 7 bram. I podobnie jak w Sukuth tutaj tez znajdziemy symbole lingi i yoni.











Jednak chociaż obie świątynie były warte zobaczenia, największe wrażenie zrobił na mnie widok na pokryte plantacjami herbaty zbocza wulkanu. Jawa jest jednak przepiękna!





sobota, 24 marca 2012

Indonezyjska myśl techniczna

Kolejny przerywnik w i tak już mocno opóźnionych "relacjach z podróży". Z okazji dwudniowej awarii wody postanowiłam wrzucić kilka obrazków ilustrujących niezastąpiony geniusz indonezyjskiej inżynierii (gdyby ktoś się zastanawiał - nie, nie chodzę do tej pory brudna. A to dzięki dobremu sercu Eli i płynącej w łazience w jej kosie wodzie;)). 



Nasza ibu kos sprytnie sobie wykombinowała, że będzie mogła znacznie podnieść cenę wynajmu kiedy w łazienkach będzie ciepła woda. Oto konstrukcja, która ma ją zagwarantować. Jak na razie ciepłej wody nie było, ale w tym momencie cieszyłabym się z jakiejkolwiek niebędącej deszczówką (tak pora deszczowa hula nadal w najlepsze) ... .


Nasze ściany (i tak już zacnie obdarzone dużą ilością okablowania) wzbogaciły się o kilka zaskakujących nowości. Taki oto kabelek z włącznikiem zwisa sobie znikąd na naszej klatce schodowej. 


/Zastanawiam się czy ktokolwiek zna historię tych kabli/



 Kabelek ten wije się w towarzystwie starszych modeli dookoła całej kuchni, aż ... 

                             
... trafia tutaj. Do naszego nowatorskiego zlewu, przy którym pracowała cała ekipa "fachowców", efekt ich współpracy mógłby znaleźć miejsce w niejednym znakomitym Muzeum Sztuki Współczesnej 


A na koniec sprawczyni całego zamieszania, czyli popsuta pompa. Tutaj pozostawiona na moment przez kolejnego "fachowca", który pojechał może po nowe części, a może po inspiracje jak złożyć to cholerstwo z powrotem do kupy ... .

Nie wiem też, czy wspominałam do tej pory, że przy każdym deszczu nasz balkonik z kuchnią na dachu jest zalewany, bo niestety przewidziano za mało materiału na daszek i kończy się on troszkę za wcześnie, przez co deszczówka leje się strugami prosto na podłogę. Rynny tez mają inne zastosowanie. Zamiast odprowadzać wodę, w jednej jest dziura dzięki czemu cała woda z dachu, która do niej spływa także ląduje na podłodze! A biedna podłoga przyjmuje to wszystko ze spokojem. Na szczęście ktoś bardzo mądry pomyślał o tym, żeby zrobić dziury w murze, przez które woda ta miałaby sobie zgodnie z prawem grawitacji spływać. Ale. Podłoga jest pochyła w druga stronę. Woda nie spływa więc w stronę dziur, ale w stronę kuchni ... . A kiedy już nie mieści się na górze często mamy małe wodospady na schodach i ścianach. Na szczęście mogę się odgrodzić od całego tego zamieszania, w swoich czterech ścianach - szkoda tylko że nie sięgają one do samego sufitu, tylko kończą w mniej więcej 3/4 drogi. Jednak dzięki temu mogę się doskonale integrować ze współlokatorami - świetnie słychać  wszystko co dzieję się w całym domu, a najlepiej kiedy ktoś o 6:00 rano włącza TV zaraz za moimi drzwiami. "Krótkie ściany" miały jedną zaletę - kiedy w pokoju obok mieszkała Krysia komunikacja była bardzo ułatwiona, a czasem można było sobie coś przerzucić górą zamiast marnować energię na przejście 3 metrów ;)

Co więcej byłam ostatnio w odwiedzinach u koleżanki na Bali, gdzie znalazło się jeszcze więcej przykładów genialnej myśli technicznej. W jej akademiku zlewy wyglądają dokładnie tak: 
http://demotywatory.pl/2578869/Kochanie-po-co-fachowcy (podziękowania dla Kamila Cz. za link:))
Woda leje się więc wszędzie, z wyjątkiem samego zlewu. Sprytni robotnicy widzieli oczywiście po zamontowaniu pierwszego kranu, że chyba jednak coś jest nie tak i są one za krótkie, ale kto by się tym przejmował! Zamiast je wymienić, zamontowali wszystkie w ten sam sposób ... . Dodatkowo krany w pokojach są pozakręcane, bo ich użycie powoduje powódź w pokojach niżej, na korytarzach są cieknące wodą .... lampy, nad głowami faluje na wietrze tekturowy sufit (który w jednym miejscu już się poddał), a w pokoju innej znajomej spadła z sufitu sztukateria. Na szczęście na łózko, które było puste. Dodam, że budynek ma 6 miesięcy. 

Aż cud, że budynki nadal tu stoją.

niedziela, 11 marca 2012

Sylwester na kupie śmieci

 Akurat w Sylwestra przypadło nam podróżować z Ende do Waiangapu na Sumbie, gdzie czekał nas ostatni etap Tour de Nusa Tenggara. Nauczeni doświadczeniem myśląc o promie nie spodziewaliśmy się rejsu jak po Wyspach Kanaryjskich, ale to, co ukazało się naszym oczom ciężko było zaklasyfikować. Kiedy dotarliśmy do portu rozładowywano tam tylko stare, drewniane łodzie i już trochę spanikowani (mimo doświadczenia w pływaniu starymi łodziami;)) wytężaliśmy wzrok w kierunku morza. Na szczęście po chwili „coś” zaczęło pojawiać się na horyzoncie. Tylko czy na pewno na szczęście. Jak na indonezyjski prom przystało wszystko było zardzewiałe, brudne i stare, ale to czy statek nie zatonie to już kwestia ... zaufania. Najgorszy był przytłaczający BRUD. Pokład, na którym płynęli ludzie (bo był też ten dla zwierzątek i motorów) pokryty był warstwą śmieci (statek był już jakiś czas w podróży, płynął z Timoru), a ludzi tradycyjnie było więcej niż przewidywały normy (ale przed nami jeszcze podróż PELNI). W rezultacie długo szukaliśmy miejsca, a kiedy udało się znaleźć kilka pustych krzesełek po chwili pojawił się Indonezyjczyk, krzycząc, że to przecież jego miejscówka! Przecież zostawił tutaj torby (POD siedzeniami….), więc ewidentnie miejsca były zajęte! Ale, że mieliśmy zdecydowaną przewagę liczebną nie daliśmy się wyrzucić, w końcu to niesprawiedliwe żeby jedna osoba zajmowała 5 krzeseł! Konflikt udało się jakoś rozwiązać i Pan przeniósł się dalej, chociaż co jakiś czas zerkał na nas spode łba. Próbują znaleźć jakąkolwiek wygodną pozycję po pewnym czasie z plastikowego krzesełka przeniosłam się na podłogę, przesuwając stertę śmieci trochę bliżej śmietnika i obserwując wędrujące pomiędzy nimi karaluszki. Nie chce tutaj wyolbrzymiać tego jacy to jesteśmy dzielni, że płynęliśmy w takich ciężkich warunkach. Gdybyśmy tylko mieli wybór na pewno byśmy go wykorzystali. Niestety był to jedyny prom i takim właśnie promem zazwyczaj pływają Indoenzyjczycy. Chciałam więc tylko podkreślić, że opinia o archipelagu indonezyjskim jako o najbrudniejszym państwie Azji Południowo-Wschodniej zdecydowanie nie bierze się znikąd. Ich poziom jakiejkolwiek świadomości ekologicznej jest zerowy (ale, ponowie, przed nami jeszcze największy szok - podróż PELNI). Nie wspominając już podstawowych zasadach higieny itp. Tak sobie płynęliśmy odliczając godziny do Nowego Roku, kiedy nerwowo spoglądając na zegarki zorientowaliśmy się, że powinniśmy powoli dobijać do celu. A tu niespodzianka. Prom, owszem, zazwyczaj pokonuje tą trasę w 7 godzin, jednak tym razem mieliśmy płynąć …. 20. Nieee, musieliśmy się przesłyszeć, może chodzi o 12 … A jednak. Ostatecznie dotarliśmy po 19 (słownie: dziewiętnastu). W międzyczasie wykorzystując fakt bycia bule udało nam się zmienić trochę legowisko i udało nam się wejść na górny pokład, gdzie urzęduje załoga. Tam w towarzystwie chmary karaluchów wielkości kciuka próbowaliśmy zasnąć, a ok. 24:00 naszym marynarzom zachciało się nawet noworocznych fajerwerków. A więc oficjalnie mamy Nowy Rok. Na Sumbę dotarliśmy przed świtem, ok. 4am, postanowiliśmy więc poczekać aż się przejaśni i dopiero wtedy wyruszyć na poszukiwanie hotelu. Urządziliśmy nasz nowy uchodźczy obóz w ogromnej i pustej poczekalni w porcie i przy ciasteczkach i kawie czekaliśmy aż wychyli się słońce. Odganiając przy tym upierdliwych kierowców bemo, którzy nachalnie próbowali nas co 3 sekundy namówić na podwózkę do miasta. A my uparcie odmawialiśmy węsząc podstęp (co potem okazało się być bardzo głupim pomysłem). Bohatersko maszerując nie uszliśmy więcej niż 2km aż obok nas zatrzymał się miły Indonezyjczyk i zaproponował, że za darmo podwiezie nas swoim eleganckim pick upem. Część z nas wskoczyła więc na pakę razem z plecakami, reszta umościła się w środku, zabawiając rozmową pana kierowcę. A podróż z nim okazała się być dłuższa niż można by przypuszczać. Poproszony o podwózkę do byle jakiego, taniego hotelu wiózł nas dobre 20 min. Maszerowanie tej odległości z naszymi plecakami po traumatycznej podróży promem chyba by nas dobiło… . Jednak w hotelu, do którego nas podrzucił okazało się, że nie ma miejsc. Zmęczeniu, brudni i trochę już zdemotywowani poczłapaliśmy dalej. „Drugi” Nowy Rok (czyli o godzinie, w której witaliście go w Polsce) przywitałam z lekka zdołowana na brudnym krawężniku, pilnując bagaży, podczas gdy reszta z nas szukała hotelu. Pierwszą noc spędziliśmy w hotelu Merlin polecanym przez Lonely Planet. Kosztowało nas to 50k Rp/os/noc plus do tego dostaliśmy nawet mikrośniadanie. Cena więc była do przejścia, ale obsługa i ich podejście do pracy spowodowało, że przenieśliśmy się do Sandle Wood (34k za noc). Warunki gorsze, ale obsługa wydawała się być nieco milsza. A do tego po trzech nocach zaoszczędziliśmy 45k co jest już sporą sumą. Na Sumbę przybyliśmy w celu zobaczenia tradycyjnych wiosek i już pierwszego dnia udaliśmy się na ich poszukiwanie.  Po drodze do jednej z nich, która wg Lonely Planet (co my byśmy bez tej książki zrobili..) spotkaliśmy Hanny, nauczycielkę angielskiego, która wskazała nam drogę do wioski i zaprosiła na obiad następnego dnia. IndonezjaJ W wiosce spędziliśmy dobre kilka godzin słuchając o wyrobie ikatów i innych tradycjach Sumby. A także próbując żuć betel. Obrzydlistwo! Dowiedzieliśmy się także, że następnego dnia ma się w wiosce odbyć ceremonia ślubna. Nie mogliśmy więc tego przegapić. Kolejny dzień minął więc pod znakiem towarzyskich wizyt. Najpierw u Hany (tu dostaliśmy zaproszenie na obiad kolejnego dnia u jej krewnych w pobliżu innej tradycyjnej wioski, Rende), a potem ceremonia w wiosce. Która okazała się być niezbyt porywająca, punktem kulminacyjnym było zabicie świniaka i jego skonsumowanie.  





Kolejnego dnia do naszego hotelu wpadł po nas nie kto inny jak król Rende. Tak jest. Dokładnie tak było. Nie ma tu żadnych wójtów, sołtysów itp. Przyjechał po nas sam KrólJ I jak to na króla przystało … jechał razem z nami w hałaśliwym, ciasnym i nieco rozsypującym się bemo.  W Rende znowu obfotografowaliśmy wioskę, charakterystyczne chaty, podziwialiśmy ikat (a nawet przymierzyliśmy kilka) wypiliśmy herbatkę, po czym ruszyliśmy do rodziny Hany na obiad i spacer po plaży. Tak minął kolejny leniwi dzień na Sumbie. Niestety na kolejny nie mieliśmy więcej planów i żałuję, że mimo tych tylko kilku dni zaplanowanych na Sumbie (byliśmy uzależnieni od promów, które pływają jedynie co dwa tygodnie) nie zdecydowaliśmy się jednak pojechać dalej. Podobno na Sumbie są także jedne z najpiękniejszych plaż w Indonezji. A, że LP mówi o jednej plaży w pobliżu Waiangapu postanowiliśmy mniejszą grupką udać się na jej poszukiwanie. Niestety jedyne co znaleźliśmy to ogromny slums. Który jednak mimo przygnębiającego z jednej strony wyglądu, był jednym z najbardziej kolorowych i pogodnych miejsc jakie widzieliśmy. Nasza "fotografka" Kasia zrobiła tutaj pewnie z kilka setek zdjęć i moim zdaniem zasłużyła sobie nimi na wystawę.




 I tak minęła podróż po Nusa Tenggara. Chociaż jeszcze nie do końca. Przed nami wciąż podróż promem na Bali. O promie Pelni nie będę sę tutaj raczej rozpisywała, bo chyba sama bym nie uwierzyła w to, co czytam. Dość powiedzieć, że np. wolałam się odwodnić niż korzystać z toalety dostępnej dla podróżujących, starałam się za dużo nie oddychać i nie wyglądać za burtę, bo unosiły się tam całe wyspy wyrzucanych z pokładu śmieci, a zapach wykładziny i karaluchów prześladował nas jeszcze dłuuuugo po powrocie na Jawę. Mieliśmy ogromne szczęście - zlitował się nad nami jeden z pracowników promu i mogliśmy korzystać z toalety w jego kajucie. Podróżowanie Pelni jest więc z jednej strony "przygodą", ale jeśli tylko miałabym pieniądze drugi raz nie skorzystałabym z usług tego przewoźnika.

Na szczęście teraz już tylko kilka dni na Bali, a potem Yogya, domek i ... próby odkażenia ubrań i plecaków. 

czwartek, 1 marca 2012

Król Reggaetonu

Z Riung do Ende dotarliśmy regionalnym autobusem załadowanym dosłownie po sam dach. Po sam dach rozbrzmiewała też muzyka. Głównie reggaeton właśnie lub najświeższe indonezyjskie hity świdrujące głowę nie gorzej niż niemiecki techno bit. Po długiej pod róży z wymiotującymi dookoła kobietami (cóż, drogi są kręte), z poparzoniami słonecznymi na nogach i plecach (które zdecydowanie nie pomagały w siedzeniu) i z wielkim jak rugbista przysypiającym co jakiś czas na mym poparzonym ramieniu Indonezyjczykiem siedzącym obok (swoją drogą gdzie on się taki wielki uchował?!) jakoś dotarliśmy do końca trasy. Która jak się okazało nie doprowadziła nas dokładnie tam, gdzie spodziewaliśmy się wysiąść. Przystanek, na który musieliśmy opuścić pojazd znajdował się jeszcze kilka kilometrów przed właściwym centrum więc znowu czekał nas spacer z naszymi plecakami-gigantami. Szukanie hotelu uniemożliwiła natomiast paraliżująca wszelkie czynności mieszkańców siesta. Okazało się, że wszystko jest zamknięte 13:00-17:00. Na szczęście znośny hostel udało się znaleźć już za drugim strzałem, a nawet zdołaliśmy stargować się do 40k Rp/os/noc. Chociaż warunki nie były rewelacyjne to przemiła właścicielka nadrabiała wszelkie niedogodności (zrobiła nam np. kanapki na drogę!:)). Dowiedzieliśmy się też, że w 2010 roku gościła 24 backpackersów, a w 2011 aż 39. W tym naszą 7-osobową grupę. Biorąc więc pod uwagę, że była to końcówka grudnia miała dzięki nam całkiem przyzwoite zakończenie roku finansowego. Jednak do Ende nie przyjechaliśmy z zamiarem wspierania rozwoju regionalnego, ale zdobycia tutejszego wulkanu. "Trekking" na jego szczyt można rozpocząć z położonej u jego podnóża, ok 50 km od Ende, wioski Moni. Jednak my leniwie wybraliśmy łatwiejsze rozwiązanie i wynajęliśmy bemo, którym jeszcze przed świtem wyruszyliśmy w górę. Pokonaliśmy nim większość trasy, a przynajmniej tej, która prowadziła po asfaltowej drodze. Nie była to tak ciężka wycieczka jak wspinaczka na Merapi, ale wrażeń estetycznych dostarczała niemałych. Kelimutu to wulkan, w którego kraterze położone są trzy kolorowe jeziora: Tiwoe Alta Polo, Tiwoe Morei Kooh Fai oraz Tiwoe Ata Mboepoe. Każde z nich ma inny kolor, a co więcej kolory te mogą się zmieniać w ciągu roku - od brązowego, brunatnego przez zielony po błękitny. Głównie związane jest to z minerałami, z których zbudowany jest krater, jednak naukowcy wciąż doszukują się dokładnej przyczyny. Z jednej strony więc naukowcy ze swym szkiełkiem i okiem, z drugiej wciąż żywe ludowe legendy. Jedna z nich mówi, że jeziora są domem dusz zmarłych. Do Tiwoe Ata Mboepoe wędrują dusze starców, osób zmarłych śmiercią naturalną. Dusze osób niewinnych i dzieci trafiają do Tiwoe Morei Kooh Fai, natomiast w toni Tiwoe Alta Polo unoszą się dusze osób chorych, nawiedzonych, czarownic i wariatów.  Duchów na szczęście nie spotkaliśmy, ale krajobrazy z powodzeniem mogłyby się stać scenografią dla niejednego thrillera. Szczególnie o świcie, kiedy księżycowy krajobraz otulała jeszcze poranna mgła.







Cel został osiągnięty, ostatni  punkt wycieczki po Flores odhaczony. Teraz czas na Sumbę.